Chorwacja ma w Polsce ustalony obraz: Split, Hvar, Vis i Błękitna Grota. Sam napisałem o tym odcinek tej serii i niczego z niego nie cofam — ale to jest południe, i to jest wersja Chorwacji dla ludzi, którzy chcą wieczorami wychodzić do miasta. Na północ od Splitu leży zupełnie inny akwen: archipelag Zadaru i Szybenika, gdzie na trzystu kilometrach wybrzeża jest kilkaset wysp, w większości bezludnych, dwa parki narodowe wprost na trasie i trzeci kilka mil w górę rzeki. Nie ma tam nocnego życia i nie o to chodzi. Tym razem jednostką była M/Y KNITWEAR.CLUB3 — Absolute Navetta 64 z 2025 roku, dziewiętnaście i pół metra: sześcioro gości w trzech podwójnych kabinach, każda z własną łazienką, skipper i hostessa w cenie czarteru, teakowy pokład, duży flybridge i szeroki salon na poziomie głównego pokładu. Navetta to typ kadłuba zbudowany nie do ścigania się, tylko do komfortu w drodze — płynie się dwanaście, czternaście węzłów i człowiek zaczyna wreszcie patrzeć na brzeg zamiast na zegarek. Zaokrętowaliśmy w D-Marin Marina Dalmacija w Sukošanie i poszliśmy na północ, do Zadaru.
Dzień 1 — Zadar i pierwszy wieczór przy Morskich Organach
Zaokrętowanie w Sukošanie → Zadar, stare miasto → nabrzeże w porcie miejskim
Weszliśmy na pokład wczesnym popołudniem i po godzinie staliśmy już w Zadarze. To miasto, którego prawie nikt nie wpisuje na listę „muszę zobaczyć”, i całkowicie niesłusznie: rzymskie forum leżące na wierzchu, wpisane wprost w bruk placu, romański kościół świętego Donata postawiony na antycznych kolumnach, i wenecki mur z bramą, na której lew świętego Marka pilnuje wjazdu od strony wody. Poszliśmy Kalelargą — główną ulicą starówki, prostą jak linijka od bramy do forum — i wróciliśmy na pokład przed zachodem. Pierwszy wieczór zawsze wygląda u mnie tak samo: rufa, Aperol Spritz i patrzenie, jak port zapala światła. Tutaj doszło coś jeszcze. Na samym końcu nabrzeża są Morskie Organy: schody schodzące do wody, pod którymi zatopiono trzydzieści pięć piszczałek, i każda fala wchodząca pod stopnie wydobywa z nich akord. Dźwięku nie da się przewidzieć i nie da się go wyłączyć — po prostu jest, przez całą noc, tak długo, jak długo pracuje morze. Kolację hostessa podała na pokładzie: świeża ryba z targu w Zadarze, z grilla, i butelka miejscowego pošipa.
Dzień 2 — Biały piasek, którego w Chorwacji nie miało być
Zadar → kanał między Ugljanem a Molatem → Sakarun na Dugim Otoku → Božava
Wstałem o świcie i zrobiłem to, co robię na każdym rejsie: kawa i flybridge. Kanał zadarski o piątej rano jest jak tafla jeziora, wyspy stoją w mleku, i to jest ten bezgraniczny spokój, którego na lądzie nie da się kupić za żadne pieniądze. Po śniadaniu poszliśmy dwadzieścia parę mil na zachód, na Dugi Otok — wyspę długą na czterdzieści pięć kilometrów i szeroką miejscami na dwa. Na jej północnym końcu jest Sakarun: półkolista zatoka z prawdziwym białym piaskiem, którego na chorwackim wybrzeżu praktycznie nie ma, bo tutaj wszystko jest z kamienia. Woda nad tym piaskiem robi się mlecznoturkusowa i płytka na kilkadziesiąt metrów od brzegu. Stanęliśmy na kotwicy przed południem i po prostu pływaliśmy — bez skuterów, bez zabawek, po prostu godzinami w wodzie, która w sierpniu ma dwadzieścia sześć stopni. Wieczorem przeszliśmy kilka mil na wschodnią stronę wyspy, do Božavy: mały port, sosnowy park zejściem do wody, dwie restauracje i nic więcej.
Dzień 3 — Klify Telašćicy i słone jezioro
Božava → Park Natury Telašćica → Jezioro Mir → zatoka Kruševa
Trzeciego dnia zeszliśmy na południowy kraniec Dugiego Otoku, do Telašćicy — zatoki wciętej w ląd na osiem kilometrów, z dwudziestoma pięcioma mniejszymi zatoczkami w środku. Ale najpierw obeszliśmy wyspę od strony otwartego morza, żeby zobaczyć stene: pionową ścianę wapienia, która w najwyższym miejscu wychodzi sto sześćdziesiąt metrów nad wodę i schodzi drugie osiemdziesiąt pod nią. Płynie się pod tym kilkanaście minut i na pokładzie nikt się nie odzywa. Potem weszliśmy do środka zatoki, stanęliśmy na kotwicy i poszliśmy piechotą przez grzbiet do Jeziora Mir — słonego jeziora oddzielonego od morza wąskim pasem skały, zasilanego przez szczeliny w dnie. Woda ma tam kilka stopni więcej niż w morzu, jest gęstsza od soli i człowiek unosi się na niej bez wysiłku. Klientka powiedziała, że to najbliżej relaksu, jak w życiu była. Wieczór spędziliśmy na kotwicy w Kruševie, jednej z bocznych zatok, gdzie po zmroku nie widać ani jednego światła poza własnym.
Z mojego doświadczenia jako broker, dwie rzeczy, których nie znajdziesz w folderze. Po pierwsze: w Chorwacji jacht czarterowy pływa na transit logu — dokumencie z urzędowo zgłoszoną listą gości, którą kapitan potwierdza przed wypłynięciem i której nie zmienia się po drodze. Przy tej jednostce transit log i ubezpieczenie kaucji są wliczone w cenę; przy wielu innych to osobna pozycja, o której klient dowiaduje się na miejscu. Po drugie: parki narodowe na tej trasie biletuje się osobno — Kornati, Telašćica i Krka to trzy niezależne kasy, a stawka liczy się od długości jachtu i od liczby osób na pokładzie, przy czym bilet kupiony z wyprzedzeniem potrafi być wyraźnie tańszy niż wykupiony od strażnika na wodzie. Przy tygodniu takim jak ten to nie są grosze i to jest dokładnie ten moment, w którym warto mieć kogoś, kto policzy to przed podpisaniem umowy, a nie po.
Dzień 4 — Sto czterdzieści wysp i nic więcej
Kruševa → Park Narodowy Kornati: Levrnaka i Lojena → Mana → korony na Kornacie
Czwarty dzień był tym, po który się tu przypływa. Kornaty to archipelag stu czterdziestu wysp, wysepek i skał na trzystu kilometrach kwadratowych, prawie całkowicie bezludnych, bez wody pitnej, bez prądu, bez dróg — George Bernard Shaw napisał o nich, że ostatniego dnia stworzenia Bóg chciał ukoronować dzieło i z łez, gwiazd i tchnienia stworzył Kornaty. Wygląda to jak księżyc wyłożony na morzu: nagie, jasne grzbiety, poprzecinane suchymi murkami z kamienia, które ktoś sto lat temu układał ręcznie, żeby owce nie schodziły do wody. Stanęliśmy najpierw pod Levrnaką, w zatoce Lojena — jednej z niewielu żwirowych plaż całego archipelagu — i zostaliśmy tam pół dnia. Po południu przeszliśmy pod Manę, gdzie na grzbiecie stoją kamienne ruiny wioski zbudowanej w latach pięćdziesiątych jako dekoracja do filmu i pozostawionej na miejscu, a stamtąd wzdłuż zewnętrznej krawędzi archipelagu, pod korony: klify na południowo-zachodnich brzegach Kornatu i Many, obrywające się prosto w otwarte morze. Na kolację weszliśmy do jednej z kornackich konob — kilka stolików na kamiennym tarasie, prąd z agregatu, woda dowożona łodzią, i ryba, którą gospodarz złowił tego samego popołudnia, upieczona pod blachą z ziemniakami. Nie ma tam karty dań. Jest to, co się złowiło.
Na Kornatach nie ma nic do zwiedzania. To jest właśnie powód, dla którego się tam płynie.
— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Dzień 5 — Osiem mil w górę rzeki
Kornaty → Žirje i Kaprije → kanał św. Antoniego → Szybenik → Skradin
Piątego dnia poszliśmy na południowy wschód, mijając Žirje i Kaprije, i po południu wpłynęliśmy w kanał świętego Antoniego — wąską, krętą szczelinę między dwiema ścianami lasu, którą wchodzi się do Szybenika. To jedyne miasto na Adriatyku, do którego nie widać wjazdu, dopóki się w niego nie wejdzie: kanał skręca, ściany się rozstępują i nagle po prawej stoi twierdza świętego Mikołaja z szesnastego wieku, a za nią otwiera się cały zalew. I tu zaczyna się rzecz, którą uważam za najbardziej niedocenioną trasę całej Chorwacji: z Szybenika płynie się dalej, w górę rzeki Krki, osiem mil w głąb lądu, przez jezioro Prokljan, do miasteczka Skradin. Po obu stronach są wzgórza, trzciny i zupełnie słodka woda pod kilem. Człowiek stoi na flybridge dwudziestometrowego jachtu w środku lądu i nie bardzo wie, co z tym zrobić. W Skradinie jest przystań, kamienne miasteczko na zboczu i cisza, jakiej nie ma w żadnym porcie na wybrzeżu. Wieczorem wyszliśmy na kolację na górę, do konoby nad przystanią, i to był ten moment, kiedy na stole robi się cicho — wielka magia tego tygodnia.
Dzień 6 — Wodospady i lody na szybenickiej Rivie
Skradin → Skradinski Buk → powrót do Szybenika → Prvić Luka
Szóstego dnia wstaliśmy wcześnie, bo do wodospadów Krki wchodzi się z samego rana albo wcale. Prywatne jednostki nie płyną wyżej niż Skradin — dalej zabiera cię łódź parku narodowego, kilkanaście minut w górę rzeki, i wysadza pod Skradinskim Bukiem: siedemnastostopniową kaskadą szeroką na ponad sto metrów, po której chodzi się drewnianymi pomostami prowadzącymi nad wodą i między młynami. Kąpać się tam już nie wolno od kilku sezonów — i słusznie, bo to jedyny sposób, żeby to miejsce przetrwało — ale samo przejście tych pomostów o ósmej rano, kiedy nad wodą stoi mgła i nie ma jeszcze autokarów, jest warte całego wcześniejszego wstawania. Wróciliśmy na pokład na późne śniadanie i zeszliśmy z powrotem rzeką do Szybenika. Po południu wspięliśmy się na twierdzę świętego Michała nad katedrą — z jej murów widać cały kanał, którym przyszliśmy dzień wcześniej — i zjedliśmy lody na Rivie, na murku przy nabrzeżu, patrząc na jachty stojące rufą do kei. Ten rytuał ta seria ma wpisany na stałe. Noc spędziliśmy kilka mil dalej, w Prvić Luce: wyspa bez samochodów, jeden port, jedna wioska i wieczór, w którym najgłośniejszym dźwiękiem były cykady.
Dzień 7 — Spokojny powrót na północ
Prvić Luka → kanał Pašmański → Sukošan
Ostatniego dnia rano było tak samo jak przez sześć poprzednich: kawa na flybridge, morze jak tafla, wyspy jeszcze w cieniu. Poszliśmy spokojnie na północ kanałem Pašmańskim, wzdłuż wewnętrznej strony wysp, bez pośpiechu, i w porze lunchu stanęliśmy jeszcze raz na kotwicy w drodze — ostatnia kąpiel, ostatnia godzina w wodzie, która przez tydzień ani razu nie była zimna. Potem już tylko leżaki, książki i Pašman przesuwający się powoli po lewej burcie. Wróciliśmy do Sukošanu późnym popołudniem, opaleni i podejrzanie małomówni. Schodząc z pokładu KNITWEAR.CLUB3 pomyślałem to samo, co myślę za każdym razem, kiedy wracam z północnej Dalmacji: to jest kierunek dla ludzi, którzy chcą tydzień na wodzie, a nie tydzień w kolejce do stolika.
Ile to kosztuje i co warto wiedzieć
M/Y KNITWEAR.CLUB3 — Absolute Navetta 64, rocznik 2025, 19,5 metra, sześcioro gości w trzech podwójnych kabinach z osobnymi łazienkami, skipper i hostessa w cenie, teakowy pokład, flybridge, klimatyzacja, agregat, grill, deska SUP, wakeboard, narty wodne i sprzęt do snorkelingu — czarteruje się od 29 759 € za tydzień poza szczytem sezonu do 35 010 € w szczycie 2026, przy czym w tej stawce siedzą już załoga, ubezpieczenie kaucji i transit log. To inny model rozliczenia niż na dużych jednostkach z pełną załogą: tam płacisz czarter plus APA rzędu trzydziestu procent, tu masz cenę z załogą, a paliwo, prowiant, mariny i bilety do parków dokładasz osobno. Który model wychodzi taniej, zależy od tego, ile realnie przepłyniecie i jak często będziecie stać w marinie zamiast na kotwicy. Baza jednostki to D-Marin Marina Dalmacija w Sukošanie — dwadzieścia minut od lotniska w Zadarze, co przy rodzinie z dziećmi znaczy więcej, niż się wydaje.
Rzecz, której nie znajdziesz w broszurze: cała trasa z tego dziennika to jakieś sto trzydzieści mil w tydzień. Na jachcie, który robi dwadzieścia osiem węzłów, przepłynąłbyś to w dwa dni — i minąłbyś wszystko, po co się tu jedzie. Północna Dalmacja jest gęsta: między kolejnymi postojami są dwie, trzy godziny, więc nie ma dni straconych na przelotach i nie ma pokusy, żeby cokolwiek odpuścić. Za to jest kilka pułapek. Kornaty i Telašćica mają wyznaczone kotwicowiska i boje, poza którymi po prostu nie wolno stanąć, a strażnik parku pojawia się na wodzie o różnych porach. Wejście w kanał świętego Antoniego i dalej na Krkę wymaga jachtu o odpowiednim zanurzeniu i kapitana, który tam pływał — nie każda jednostka z chorwackiej listy w ogóle tam wejdzie. I na koniec: bura, wiatr z lądu, potrafi tu wstać w kilkanaście minut i zamknąć na dobę kilka kotwicowisk, więc kolejność postojów układa się pod prognozę, a nie pod mapę. Ta sama trasa poukładana w złej kolejności to ten sam jacht i zupełnie inne wakacje. Przy konkretnym jachcie i konkretnym tygodniu to ja to sprawdzam i to ja układam kolejność. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.
Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę? KNITWEAR.CLUB3 pływa po archipelagu Zadaru, Kornatach i całej północnej Dalmacji. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — sprawdzę dostępność, papiery jednostki i ułożę ten tydzień pod Was. Zobacz ten czarter →
Kontakt: tomek@wyachts.com | WhatsApp +33 6 72 85 87 30 — Tomasz Wrzesiński, W Yachts Monaco.