Dziennik z rejsu: mój tydzień na Malcie, Gozo i południowo-wschodniej Sycylii na pokładzie Ferretti 780 TRILOGY

Malta prawie nigdy nie pojawia się na polskich listach czarterowych. Ludzie jadą tam na tydzień do hotelu, oglądają Vallettę, kąpią się w Błękitnej Lagunie i wracają — a jacht traktują jako coś, co się robi w Chorwacji albo w Grecji. Tymczasem Malta leży dokładnie pośrodku najciekawszego kawałka Morza Śródziemnego: sześćdziesiąt mil na północ jest Sycylia, dwieście na południe Afryka, a woda ma tu przejrzystość, jakiej na Adriatyku po prostu nie ma, bo nie wpada do niej żadna rzeka. Tym razem jednostką była M/Y TRILOGY — Ferretti 780 z 2025 roku, dwadzieścia cztery metry: ośmioro gości w czterech kabinach, czteroosobowa załoga, stabilizatory żyroskopowe i beach club na poziomie wody, czyli platforma rufowa rozłożona tak, że z salonu schodzi się prosto do morza. To jest jacht zbudowany do przechodzenia dłuższych odcinków w komforcie, i właśnie dlatego wybrałem trasę, której na mniejszej jednostce bym nie zaproponował.

Dzień 1 — Grand Harbour i pierwszy wieczór pod bastionami

Zaokrętowanie w Grand Harbour → Trzy Miasta → nabrzeże w Birgu

Weszliśmy na pokład późnym popołudniem, w porcie, którego nie da się porównać z niczym innym w tej serii. Grand Harbour to naturalna zatoka wcięta w skałę i obudowana z obu stron kamiennymi bastionami z szesnastego wieku — fortyfikacjami, które zakon joannitów stawiał po wielkim oblężeniu, żeby to się nigdy więcej nie powtórzyło. Jacht stoi rufą do kei, a nad nim jest sto metrów pionowego wapienia z armatnimi ambrazurami. Pierwszy wieczór wygląda u mnie zawsze tak samo: rufa, Aperol Spritz i patrzenie, jak port zapala światła — tyle że tutaj zapalają się nie latarnie, tylko podświetlone mury Valletty naprzeciwko i trzy stare miasta po naszej stronie: Birgu, Senglea, Cospicua. Poszliśmy jeszcze przed kolacją na spacer wąskimi uliczkami Birgu, gdzie na parterach są zwykłe mieszkania, a nad drzwiami kamienne herby sprzed czterystu lat. Kolację kucharz podał na pokładzie: świeża lampuga z targu w Marsaxlokk, prosto z rusztu, z cytryną i kaparami, które na Malcie rosną wprost ze szczelin w murach.

Dzień 2 — Błękitna Laguna, zanim przypłyną promy

Grand Harbour → Św. Paweł → Comino, Blue Lagoon → Gozo, Mġarr

Wstałem o świcie i zrobiłem to, co robię na każdym rejsie: kawa i flybridge. Grand Harbour o piątej rano jest jak tafla jeziora, bastiony stoją w różowym świetle i nie porusza się nic poza jednym holownikiem gdzieś przy stoczni. To jest ten bezgraniczny spokój, którego na lądzie nie da się kupić za żadne pieniądze. Wyszliśmy zaraz po śniadaniu, obeszliśmy wyspę od północy i przed dziewiątą staliśmy już na kotwicy w Błękitnej Lagunie między Comino a Cominotto. I tu jest cała sztuczka, o której warto wiedzieć: laguna ma dno z jasnego piasku, przez co woda robi się nieprzyzwoicie turkusowa, ale od dziesiątej rano stoją tam cztery promy wycieczkowe i kilkaset osób. Kto przyjdzie jachtem o ósmej, ma ją prawie dla siebie przez dwie godziny — i to jest dokładnie ta różnica, za którą się płaci za czarter. Pływaliśmy, aż zrobiło się tłoczno, potem przeszliśmy cztery mile na Gozo i weszliśmy do Mġarr — małego portu na zboczu, nad którym stoi neogotycki kościół widoczny z całego kanału. Popołudnie zeszło na kotwicy w bezimiennej zatoczce po zachodniej stronie: żadnych zabawek, żadnego skutera, po prostu leżenie i pływanie w ciepłej, lazurowej wodzie.

Dzień 3 — Gozo od strony, której nie widać z lądu

Mġarr → Dwejra → Wied il-Għasri → Ramla l-Ħamra → Victoria

Trzeciego dnia obeszliśmy Gozo dookoła — czterdzieści kilka kilometrów wybrzeża, z czego większość to pionowa ściana. Zaczęliśmy od Dwejry na zachodzie: tu stało kiedyś Lazurowe Okno, kamienny łuk, który runął do morza w 2017 roku, ale zostało to, co pod nim — Morze Wewnętrzne, mała słona laguna połączona z otwartym morzem tunelem przebitym w skale. Tunelem wchodzi się małą łodzią, kilkadziesiąt metrów w ciemności, i wyjeżdża wprost pod ścianę wysoką na sto metrów. Dalej na północ jest Wied il-Għasri: szczelina szeroka na kilkanaście metrów, wcięta w klif na kilkaset, z żwirową plażyczką na samym końcu. Wpłynęliśmy w nią tenderem i płynęliśmy w zupełnej ciszy, bo w takim miejscu nikt nie rozmawia. Po południu stanęliśmy przed Ramla l-Ħamra — jedyną dużą plażą wyspy, z piaskiem koloru cegły, który bierze się z rozkruszonego wapienia z domieszką żelaza. Wieczorem pojechaliśmy do Victorii, na Cytadelę: obwarowane miasteczko na szczycie wzgórza w środku wyspy, z którego widać całe Gozo naraz, od morza do morza.

Z mojego doświadczenia jako broker, rzecz, o której przy tej trasie trzeba pomyśleć przed podpisaniem umowy, a nie w trakcie. To jest czarter, który zaczyna się w jednym państwie, a w środku tygodnia przechodzi do drugiego — i taki rejs ma inne papiery niż tydzień w jednym kraju. Po pierwsze: miejsce rozpoczęcia czarteru decyduje o tym, gdzie i według jakich zasad rozlicza się podatek od usługi, a reżim maltański i włoski to nie jest to samo; przy tej samej jednostce i tym samym tygodniu rachunek końcowy potrafi się różnić zależnie od tego, skąd wychodzicie. Po drugie: jednostka komercyjna przechodząca między krajami zgłasza wyjście i wejście — to nie jest przeszkoda, ale to jest czas kapitana i to jest pozycja w APA. Po trzecie, całkiem przyziemnie: paliwo na Malcie i we Włoszech kosztuje inaczej, a Ferretti 780 na sześćdziesięciomilowej przeprawie wypija swoje. Kolejność, w jakiej ułożysz tę trasę, ma więc konsekwencje finansowe — i to jest dokładnie ten moment, w którym warto mieć kogoś, kto policzy to na kartce, zanim cokolwiek podpiszesz.

Dzień 4 — Sześćdziesiąt mil otwartego morza

Gozo → Kanał Maltański → Portopalo di Capo Passero → Marzamemi

Czwarty dzień był dniem przeprawy. Z Gozo na południowy kraniec Sycylii jest około sześćdziesięciu mil czystego otwartego morza — bez wysp, bez osłony, z falą idącą z zachodu. Na jachcie, który robi dwadzieścia parę węzłów w komfortowym tempie, to trzy godziny; na mniejszej jednostce bez stabilizatorów to bywa cały dzień i pół załogi zielona na twarzy. Wyszliśmy zaraz po świcie, przy prognozie, którą kapitan sprawdzał od trzech dni, i przez pierwszą godzinę Malta zapadała się za rufą, aż zniknęła zupełnie. Potem był tylko kolor — i to jest rzecz, której nie da się opowiedzieć nikomu, kto tego nie widział: woda w Kanale Maltańskim jest granatowa jak atrament, bo pod kilem masz kilkaset metrów i ani grama rzecznego mułu. Koło jedenastej z mgiełki wyszła płaska kreska Capo Passero z małą wysepką i fortem na niej, i po chwili staliśmy w Portopalo. Na noc przeszliśmy trzy mile dalej, do Marzamemi — dawnej wioski tuńczykowej, gdzie stara tonnara i kościółek stoją wokół jednego kamiennego placu schodzącego wprost do wody. Kolacja: tuńczyk, który jeszcze rano był w morzu, i miejscowe nero d'Avola.

Sześćdziesiąt mil otwartego morza to nie jest odległość. To jest decyzja, którą podejmuje się na trzy dni wcześniej, patrząc na prognozę.

— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco

Dzień 5 — Ortygia o zachodzie

Marzamemi → rezerwat Vendicari → Plemmirio → Siracusa, Ortygia

Piątego dnia poszliśmy wzdłuż brzegu na północ, mijając Vendicari — rezerwat z solniskami, w których w sierpniu stoją flamingi — i dalej pod Plemmirio, przylądek z podwodnymi grotami i wodą tak przejrzystą, że z pokładu widać kotwicę leżącą na dnie na kilkunastu metrach. Spędziliśmy tam pół dnia w wodzie. A po południu weszliśmy do Wielkiego Portu w Syrakuzach i to był moment, o którym pisałem w każdym poprzednim odcinku jako o „wielkiej magii" tego tygodnia. Ortygia to wyspa wielkości kilku kwartałów, połączona z lądem dwoma mostkami, i cała jest jednym miastem: świątynia Apollina z szóstego wieku przed naszą erą leżąca wprost przy ulicy, barokowy plac katedralny wyłożony jasnym kamieniem, który o zachodzie robi się miodowy, i katedra zbudowana wewnątrz greckiej świątyni Ateny — dwadzieścia cztery doryckie kolumny sprzed dwóch i pół tysiąca lat wciąż stoją w jej ścianach i można ich dotknąć. Zeszliśmy na Fonte Aretusa, źródło słodkiej wody bijące dziesięć metrów od morza, z papirusem rosnącym w środku, i zjedliśmy lody na murku nad wodą, patrząc na jachty stojące rufą do nabrzeża. Ten rytuał ta seria ma wpisany na stałe i nie zamierzam go zmieniać.

Dzień 6 — Powrót na południe, bez pośpiechu

Siracusa → Isola delle Correnti → Portopalo

Szóstego dnia zeszliśmy z powrotem na południe, tym razem naprawdę powoli, z dwoma postojami po drodze na kąpiel. Najdalej wysunięty punkt Sycylii to Isola delle Correnti — mała, płaska wysepka połączona z lądem piaszczystą mierzeją, w miejscu, gdzie spotykają się dwa morza: Jońskie od wschodu i Śródziemne od zachodu. Widać to na wodzie gołym okiem, bo z obu stron mierzei fala idzie inaczej, a kolory się nie zgadzają. Staliśmy tam do wieczora. Załoga rozłożyła beach club na rufie i zeszło nam kilka godzin na tym, co na tych rejsach robi się najchętniej: leżeniu w wodzie i wychodzeniu z niej tylko po to, żeby coś zjeść. Na noc wróciliśmy do Portopalo i zjedliśmy kolację na pokładzie, na kotwicy, patrząc na latarnię i na światła kutrów wychodzących w morze.

Dzień 7 — Wejście w bastiony

Portopalo → Kanał Maltański → Grand Harbour, Valletta

Ostatniego dnia rano było tak samo jak przez sześć poprzednich: kawa na flybridge, morze jak tafla, ląd jeszcze w cieniu. Wyszliśmy wcześnie, żeby mieć całą przeprawę przy gładkiej wodzie, i przez trzy godziny na pokładzie nie działo się absolutnie nic — leżaki, książki, ktoś zasnął. Gdzieś w połowie drogi za rufą szła przez chwilę para delfinów, ale nikt nawet nie wstał po telefon. A potem, po prawej burcie, z płaskiej linii horyzontu zaczęła rosnąć Malta — najpierw jako kreska, potem jako brzeg, aż wreszcie otworzyło się wejście do Grand Harbour i weszliśmy między bastiony w pełnym popołudniowym świetle, z Fortem Świętego Elma po lewej i Fortem Świętego Anioła po prawej. Kamień o tej porze dnia ma kolor miodu. Zszedłem z pokładu TRILOGY opalony i podejrzanie małomówny, z jedną myślą: że ten tydzień miał w środku sześćdziesiąt mil pustego morza i że to właśnie one były najlepszą jego częścią.

Ile to kosztuje i co warto wiedzieć

M/Y TRILOGY — Ferretti 780, rocznik 2025, dwadzieścia cztery metry, ośmioro gości w czterech kabinach (trzy podwójne plus jedna przekształcalna), czteroosobowa załoga, stabilizatory żyroskopowe, beach club na poziomie wody, tender Williams SportJet 395, Seabob, deska SUP, dmuchany materac i sprzęt do snorkelingu — czarteruje się od 55 000 € za tydzień w sezonie 2026, z widełkami do 65 000 € zależnie od terminu. Do tego dochodzi APA w wysokości mniej więcej trzydziestu procent stawki, czyli około 16 500 € przy dolnej cenie — to nie jest opłata, tylko zaliczka na paliwo, prowiant, mariny i opłaty portowe, z której na koniec rejsu dostajesz rozliczenie co do euro, a nadwyżkę zwrot. Osobno liczy się podatek i opłaty portowe. Jednostka pływa przez cały rok po środkowej części Morza Śródziemnego — Riwiera Włoska, Wybrzeże Amalfitańskie, Sycylia i Malta — więc tę trasę da się poskładać także w odwrotną stronę, wychodząc z Sycylii.

Rzecz, której nie znajdziesz w broszurze: cała trasa z tego dziennika to jakieś dwieście trzydzieści mil w tydzień, z czego sto dwadzieścia przypada na dwie przeprawy przez Kanał Maltański. To znaczy, że wybór jachtu ma tu większe znaczenie niż gdziekolwiek indziej w tej serii. Na Adriatyku czy w Zatoce Sarońskiej między postojami są dwie godziny i praktycznie każda jednostka da radę. Tutaj masz sześćdziesiąt mil bez osłony, więc liczą się trzy rzeczy: stabilizatory pracujące w drodze, a nie tylko na kotwicy, zasięg na jednym zbiorniku i kapitan, który zna ten kanał i wie, jak zachowuje się fala, gdy wiatr kręci na zachód. To nie jest teoria — w lipcu i sierpniu trafiają się tygodnie, w których okno pogodowe na przeprawę jest jedno, i albo się je złapie, albo trasa się zmienia. Do tego dochodzi rzecz, o której mało kto myśli przy Malcie: wyspa jest praktycznie w całości otoczona klifem, kotwicowisk osłoniętych jest niewiele i większość z nich działa tylko przy określonym kierunku wiatru. Ta sama trasa poukładana w złej kolejności to ten sam jacht i zupełnie inne wakacje. Przy konkretnej jednostce i konkretnym tygodniu to ja sprawdzam papiery, podatek, zasięg i prognozę, i to ja układam kolejność postojów. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.

Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę? TRILOGY pływa po Malcie, Sycylii i całej środkowej części Morza Śródziemnego, przez cały rok. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — sprawdzę dostępność, papiery jednostki i ułożę ten tydzień pod Was. Zobacz ten czarter →

To czternasty odcinek serii „Dziennik z rejsu" — po Lazurowym Wybrzeżu, Balearach, Cykladach, Dalmacji, Sardynii, Wybrzeżu Amalfi, Korsyce, Sycylii i Wyspach Liparyjskich, Zatoce Sarońskiej, Archipelagu Toskańskim, Riwierze Liguryjskiej, Wyspach Jońskich i Kornatach z rzeką Krką. Tomasz Wrzesiński, W Yachts Monaco.