Dziennik z rejsu: mój tydzień na Riwierze Liguryjskiej — Portofino, Cinque Terre i Portovenere na pokładzie Ferretti 860 FAST

Liguria ma pewien problem wizerunkowy: wszyscy ją znają z lądu. Portofino to dla większości ludzi korek na wąskiej drodze z Santa Margherity i tłum na placyku, Cinque Terre to zatłoczony pociąg regionalny i kolejka do punktu widokowego w Manaroli. A to wybrzeże zostało zbudowane od strony morza i tylko od tej strony ma sens — wioski zwrócone twarzą do wody, porty głębiej niż plaże, kościoły postawione na cyplach po to, żeby widzieli je płynący. Dlatego wracam tu z klientami co sezon. Tym razem jednostką była M/Y FAST — Ferretti 860 z 2025 roku, 27 metrów, fabrycznie nowy: ośmioro gości w czterech kabinach, czteroosobowa załoga, wnętrze Studia Zuccon w ręcznie szytej skórze, pełnowymiarowy taras na rufie i flybridge, z którego widać całą zatokę naraz. Zaokrętowaliśmy w Genui, w cieniu starego portu, i poszliśmy na wschód.

Dzień 1 — Genua i pierwszy wieczór pod Camogli

Zaokrętowanie w Genui → Golfo Paradiso, kotwicowisko pod Punta Chiappa

Weszliśmy na pokład wczesnym popołudniem. Genua to miasto, które nie stara się nikomu przypodobać — najstarsza republika morska Włoch, port, z którego wypłynął Kolumb, i labirynt zaułków tak wąskich, że słońce dociera do nich na kwadrans dziennie. Zjedliśmy późny lunch na starym mieście, wróciliśmy z torbą focacci prosto z pieca i wyszliśmy w morze. Pierwszego wieczoru nigdy nie płynę daleko: dwanaście mil na wschód, za cypel Portofino, i kotwica w Golfo Paradiso, pod Punta Chiappa. Usiedliśmy na rufie z Aperol Spritz i patrzyliśmy, jak Camogli zapala światła — miasteczko z domami pomalowanymi na ochrę, róż i musztardę, wysokimi na siedem pięter, bo rybacy budowali w górę, gdy zabrakło miejsca wzdłuż brzegu. Kolację kucharz podał na tarasie rufowym: świeże owoce morza z targu w Genui, surowe krewetki z Santa Margherity i smażone kalmary. Nikt nie zaproponował, żeby wracać do portu.

Dzień 2 — Opactwo, do którego nie prowadzi żadna droga

Punta Chiappa → San Fruttuoso → zatoka Paraggi → Portofino

Wstałem o świcie i zrobiłem to, co robię na każdym rejsie: kawa i flybridge. Morze gładkie jak tafla jeziora, klif Portofino czarny pod niebem, które dopiero zaczynało się rozjaśniać, i ten bezgraniczny spokój, którego na lądzie nie da się kupić za żadne pieniądze. Po śniadaniu podeszliśmy pod San Fruttuoso — zatoczkę wciętą w stromy, zalesiony stok, do której nie prowadzi żadna droga. Można dotrzeć pieszo przez góry albo łodzią, i to jest cała lista. Na plaży, dosłownie kilkanaście metrów od wody, stoi benedyktyńskie opactwo z X wieku z kamienną kopułą i grobowcami rodu Doriów. Niżej, siedemnaście metrów pod powierzchnią, stoi Chrystus Otchłani — brązowy posąg z rozłożonymi rękami, ustawiony w 1954 roku ku pamięci ludzi, którzy nie wrócili z morza. Popłynęliśmy tenderem, obejrzeliśmy opactwo, wróciliśmy na pokład i po lunchu przeszliśmy kilka mil do Paraggi. To jedyna prawdziwa plaża w tej okolicy, a woda ma w niej ten nieprzyzwoicie jaskrawy odcień turkusu, który wygląda jak podkręcony w telefonie. Zeszliśmy z platformy i po prostu pływaliśmy — bez skuterów, bez zabawek, taka woda niczego nie potrzebuje. Wieczorem weszliśmy do Portofino.

Dzień 3 — Portofino od właściwej strony

Portofino → Castello Brown → San Giorgio → kotwica pod Punta del Faro

Portofino ma jedną z najbardziej fotografowanych piazzett na świecie i, co zaskakujące, wciąż na to zasługuje. Sekret polega na godzinach. Rano, zanim przyjadą autokary, to wciąż jest mała rybacka wioska: trzydzieści kolorowych fasad wokół podkowy portu, kilka łodzi i cisza. Weszliśmy pieszo do Castello Brown, skąd widać całą zatokę z góry, a potem do kościółka San Giorgio na cyplu — z tarasu nad grobem świętego morze wygląda jak mapa. Po drodze w dół obowiązkowy rytuał tej serii w liguryjskim wydaniu: lody w lodziarni przy piazzetcie, zjedzone na murku, z widokiem na jachty stojące dziobem do nabrzeża. Popołudnie przepłynęliśmy pod latarnią na Punta del Faro, gdzie stanęliśmy na kotwicy w wodzie tak przejrzystej, że łańcuch było widać do samego dna. Kolację zjedliśmy na pokładzie: świeży branzino z soli i trofie z pesto, które w Ligurii robi się z bazylii z Prà i naprawdę smakuje inaczej niż wszędzie indziej.

Z mojego doświadczenia jako broker: to jest wybrzeże, na którym „chcemy stanąć w Portofino” i „stoimy w Portofino” dzieli kilka tygodni wyprzedzenia. Port ma kilkadziesiąt miejsc, w lipcu i sierpniu są rozdysponowane z góry, a wokół cypla rozciąga się morski obszar chroniony ze strefami, w których kotwiczenie jest ograniczone albo zabronione — stoi się na bojach i za zgodą. Dokładnie to samo, tylko ostrzej, obowiązuje w Cinque Terre. Dlatego przy tej trasie nie planuje się „popłyniemy, gdzie będzie ładnie”: układa się tydzień pod dostępność miejsc i strefy, a rezerwacje robi się wcześniej niż lot. To ta część układanki, którą biorę na siebie — i ta, która najczęściej decyduje, czy tydzień wygląda jak ten dziennik, czy jak oglądanie najlepszych zatok z dwóch mil.

Dzień 4 — Zatoka Ciszy

Portofino → Sestri Levante (Baia del Silenzio) → Punta Manara

Czwartego dnia poszliśmy dalej na wschód, dwanaście mil do Sestri Levante — miasteczka zbudowanego na przesmyku tak wąskim, że ma dwie zatoki po dwóch stronach jednej ulicy. Ta od wschodu nazywa się Baia delle Favole, Zatoka Baśni, bo Andersen spędził tu kiedyś kilka tygodni. Ta od zachodu to Baia del Silenzio, Zatoka Ciszy: półkole piaskowej plaży domknięte kolorowymi domami, które stoją stopami w wodzie. Zakotwiczyliśmy na zewnątrz, weszliśmy tenderem, przespacerowaliśmy się starym miastem i wróciliśmy na późną kąpiel. Po południu przeszliśmy jeszcze pod Punta Manara — dziki cypel z gajami oliwnymi schodzącymi do samej wody, bez jednego budynku — i tam zostaliśmy do zmroku. To był ten dzień, w którym nikt nie zapytał, dokąd płyniemy jutro.

Dzień 5 — Pięć wiosek z pokładu

Sestri Levante → Monterosso → Vernazza → Manarola

I tu Ferretti pokazał, po co ma trzy silniki: dwadzieścia kilka mil do Monterosso zeszło nam przed lunchem, a nie pół dnia. Cinque Terre ogląda się z wody zupełnie inaczej niż z pociągu. Monterosso jest najszersze i najbardziej „miejskie”, ma prawdziwą plażę i najlepsze anchois na tym wybrzeżu — soloną rybę, którą tu podnieśli do rangi przystawki. Vernazza wygląda z morza jak coś, czego nie da się zbudować: naturalny basen portowy wcięty w skałę, wieża strażnicza z XI wieku nad nim i domy ułożone w pionie, jeden na drugim. Manarola to już czysta geometria — kaskada domów zsuwających się do wody bez żadnego portu. Płynęliśmy wzdłuż brzegu wolno, stanęliśmy na kotwicy w wyznaczonym miejscu i weszliśmy do wody pod klifem, na którym od tysiąca lat ludzie ręcznie budują tarasy pod winnice. Na kolację załoga przywiozła z lądu białe wino Cinque Terre i sciacchetrà, słodkie, z podsuszanych gron. Wieczorem światła pięciu wiosek zapalały się jedno po drugim wzdłuż całego klifu.

Na Riwierze Liguryjskiej wszystko, co najlepsze, jest zwrócone twarzą do morza. Z lądu ogląda się to wybrzeże od tyłu.

— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco

Dzień 6 — Portovenere i Zatoka Poetów

Manarola → Palmaria i Grotta Byrona → Portovenere → Lerici

Szósty dzień był tym, po który się tu przypływa. Dwanaście mil na południowy wschód i wychodzi się zza cypla wprost na Portovenere — miasteczko, które z wody wygląda jak kulisy teatru: rząd wąskich, kilkupiętrowych kamienic w kolorach ochry i różu, nad nimi genueńska twierdza, a na samym końcu skalnego języka czarno-biały kościół San Pietro, postawiony w XIII wieku na miejscu rzymskiej świątyni Wenus. Przeszliśmy najpierw kanałem między brzegiem a wyspą Palmaria i zatrzymaliśmy się przy Grotta Byrona — jaskini, z której według legendy Byron wypłynął, żeby przepłynąć całą zatokę do Lerici, do Shelleya. Stąd nazwa: Golfo dei Poeti, Zatoka Poetów. Kąpiel była w tym miejscu obowiązkowa i nikt nie protestował: woda ciepła, lazurowa, otwarte morze po jednej stronie, mury po drugiej. Wieczorem przeszliśmy na drugą stronę zatoki do Lerici, pod zamek nad portem, i to była ta chwila „wielkiej magii”, którą każdy rejs powinien mieć: podchodzimy o zachodzie, całe wybrzeże robi się pomarańczowe, a zamek Lerici i twierdza w Portovenere patrzą na siebie z dwóch końców zatoki, dokładnie tak, jak zaprojektowali to Genueńczycy osiemset lat temu. Kolacja: muscoli, czyli miejscowe małże ze Spezii, i ryba z grilla.

Dzień 7 — Spokojny powrót na zachód

Lerici → Golfo Paradiso → Genua

Ostatni dzień to najdłuższa droga tygodnia, ale rano wyglądało to tak samo jak przez sześć poprzednich: kawa na flybridge, morze jak tafla, Zatoka Poetów jeszcze w cieniu gór. Poszliśmy spokojnie na zachód, minęliśmy Cinque Terre od zewnątrz — z tego dystansu pięć wiosek wygląda jak pięć plamek kolorowego tynku na szarym klifie — i w porze lunchu stanęliśmy jeszcze raz w Golfo Paradiso, na ostatnią kąpiel pod Punta Chiappa. Potem już tylko leżaki, książki i Genua rosnąca powoli na horyzoncie, z tą swoją latarnią Lanterna, która świeci żeglarzom od 1128 roku. Weszliśmy do portu późnym popołudniem, opaleni i podejrzanie małomówni. Zdejmując torbę z pokładu FAST pomyślałem, że to jest wybrzeże, które w jachtowym świecie ma najgorszy stosunek sławy do liczby ludzi, którzy je naprawdę widzieli.

Ile to kosztuje i co warto wiedzieć

M/Y FAST — Ferretti 860, rocznik 2025, 27 metrów, 8 gości w 4 kabinach (3 podwójne + 1 z dwoma łóżkami), 4 osoby załogi, wnętrze Studia Zuccon International Project, taras rufowy i flybridge, pełny garaż z tenderem Williams 395, Seabobem, skuterem, kajakiem i deską SUP — czarteruje się w widełkach 60 000–70 000 € za tydzień w sezonie 2026 (niższa stawka poza szczytem, wyższa w pełni lata), plus APA rzędu 18 000–21 000 €, plus VAT i opłaty portowe. Stawki potrafią się różnić w zależności od terminu — aktualną zawsze potwierdzam przed rezerwacją. APA to zaliczka na koszty operacyjne: paliwo, prowiant, mariny, opłaty portowe; rozliczana co do euro na koniec rejsu. Rejon pływania FAST to Riwiera Włoska i Wybrzeże Amalfi — czyli ta sama jednostka obsłuży Ci zarówno ten tydzień, jak i Capri z Positano.

Rzecz, której nie znajdziesz w broszurze: Liguria jest krótka. Całe to wybrzeże to niecałe siedemdziesiąt mil od Genui do Lerici, więc tydzień tutaj nie jest o pokonywaniu odległości, tylko o tym, żeby w każdej z tych zatok być w odpowiedniej godzinie — Portofino rano, Cinque Terre po południu, Portovenere o zachodzie. Ta sama trasa ułożona w złej kolejności to ten sam jacht i zupełnie inne wakacje. Przy konkretnej jednostce i konkretnym tygodniu to ja oceniam, co gdzie wstawić. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.

Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę? FAST pływa po Riwierze Włoskiej i Wybrzeżu Amalfi. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — sprawdzę dostępność, miejsca w portach i ułożę ten tydzień pod Was. Zobacz ten czarter →

Kontakt: tomek@wyachts.com | WhatsApp +33 6 72 85 87 30 — Tomasz Wrzesiński, W Yachts Monaco.