Kiedy klient mówi mi „chcemy Grecję”, w dziewięciu przypadkach na dziesięć ma w głowie Cyklady: białe domy, niebieskie kopuły, Mykonos i Santorini. Nie odradzam — sam napisałem o tym cały odcinek tej serii. Ale zawsze zadaję jedno pytanie: jak wasza rodzina znosi wiatr? Bo na Egejskim od lipca do września wieje meltemi, potrafi trzymać po trzy, cztery dni z rzędu, i każdy plan trzeba pisać ołówkiem. Morze Jońskie to ta sama Grecja z zupełnie innym charakterem: więcej deszczu zimą, więc wyspy są zielone od cyprysów, gajów oliwnych i sosny, a latem jest po prostu spokojnie. Woda potrafi tam stać jak w basenie do południa. Tym razem jednostką była M/Y WHATEVER — Riva 88 z 2012 roku, po gruntownym remoncie w 2025, 27 metrów: ośmioro gości w czterech kabinach, czteroosobowa załoga, stabilizatory, platforma kąpielowa i garaż z tenderem AB385 ze 170-konnym silnikiem, trzyosobowym skuterem i deskami SUP. Zaokrętowaliśmy na Korfu i poszliśmy na południe.
Dzień 1 — Korfu i pierwszy wieczór pod Starą Twierdzą
Zaokrętowanie w Gouvii → stare miasto → kotwicowisko pod Kanoni
Weszliśmy na pokład wczesnym popołudniem w marinie Gouvia, kilka mil na północ od miasta. Korfu jest w Grecji przypadkiem osobnym — cztery wieki weneckie, potem Francuzi i Brytyjczycy, i nigdy okupacja turecka, więc stare miasto wygląda bardziej jak Wenecja niż jak grecka wyspa: wysokie, wąskie kamienice w kolorze wypłowiałego różu, arkady na Liston zbudowane na wzór paryskiej Rue de Rivoli i krykiet na esplanadzie, którego zostawili Anglicy. Zjedliśmy późny lunch w uliczkach za Listonem, wróciliśmy na pokład i odeszliśmy tylko kilka mil na południe, pod Kanoni, na kotwicę naprzeciwko Pontikonisi — Mysiej Wyspy, tej z jedną kapliczką i kępą cyprysów, którą zna każdy, kto widział jakikolwiek folder o Grecji. Pierwszy wieczór zawsze wygląda u mnie tak samo: rufa, Aperol Spritz i patrzenie, jak port zapala światła. Tutaj zapalała się jeszcze Stara Twierdza na skalnym cyplu, wenecka, podświetlona od dołu. Kolację kucharz podał na pokładzie: świeże owoce morza z targu w mieście i ryba z grilla, do tego wino z Zakynthos, na które mieliśmy się natknąć pięć dni później.
Dzień 2 — Woda, w którą trudno uwierzyć
Korfu → zachodnie wybrzeże Paksos → Antipaksos (Vrika, Voutoumi) → Gaios
Wstałem o świcie i zrobiłem to, co robię na każdym rejsie: kawa i flybridge. Morze gładkie jak tafla jeziora, kanał między Korfu a lądem stały jeszcze w cieniu gór Epiru, i ten bezgraniczny spokój, którego na lądzie nie da się kupić za żadne pieniądze. Po śniadaniu poszliśmy trzydzieści mil na południe, na Paksos. Zachodnia strona tej wyspy to ściana białego wapienia wysoka na sto metrów, wcięta grotami — podchodzi się tenderem pod Ortholithos, samotny słup skalny stojący w wodzie, i wpływa do jaskiń, w których światło odbite od dna robi się elektrycznie niebieskie. Ale prawdziwy powód, dla którego się tu przypływa, leży kilka mil dalej: Antipaksos, wysepka z dwiema zatokami, Vriką i Voutoumi, gdzie woda ma odcień, którego nie da się uczciwie sfotografować — nikt nie wierzy, że zdjęcie nie jest podkręcone. Staliśmy tam do późnego popołudnia i po prostu pływaliśmy. Bez zabawek, bez skutera, bez niczego — taka woda niczego nie potrzebuje. Wieczorem weszliśmy do Gaios, portu Paksos, który jest właściwie kanałem między wyspą a zieloną wysepką Agios Nikolaos, z rzędem weneckich kamienic po jednej stronie.
Dzień 3 — Klify Lefkady
Gaios → Porto Katsiki i Egremni → Sivota na Lefkadzie
Trzeciego dnia zeszliśmy czterdzieści mil dalej na południe, wzdłuż zachodniej krawędzi Lefkady. To najbardziej spektakularny odcinek całego Morza Jońskiego i widać go wyłącznie od strony wody: kilkanaście kilometrów pionowego, oślepiająco białego klifu, u którego stóp leżą wąskie paski żwiru — Egremni i Porto Katsiki. Na ląd schodzi się tam po schodach wykutych w skale albo wcale, bo po trzęsieniu ziemi część zejść zniknęła. My podeszliśmy od morza, stanęliśmy na kotwicy kilkadziesiąt metrów od brzegu i weszliśmy do wody, która w cieniu klifu jest o parę stopni chłodniejsza i jeszcze bardziej przejrzysta. Na kolację weszliśmy do Sivoty — nie tej na stałym lądzie, tylko zatoki na południu Lefkady: naturalna podkowa, wjazd wąski jak brama, w środku cisza i rząd tawern na samym nabrzeżu. Jedliśmy na pokładzie, ale zapach grillowanej ośmiornicy szedł nad wodą przez całą zatokę.
Z mojego doświadczenia jako broker, dwie rzeczy, których nie znajdziesz w folderze. Po pierwsze: w Grecji jacht komercyjny musi mieć ważną grecką licencję czarterową, a lista gości jest zgłaszana urzędowo przed wypłynięciem — to nie jest formalność, którą się „załatwia na miejscu”, i to pierwsza rzecz, jaką sprawdzam przy każdej jednostce, zanim w ogóle pokażę ją klientowi. Po drugie: greckie czartery są rozliczane z VAT-em, a stawka zależy od tego, gdzie zaczyna i kończy się rejs. Jednostronna trasa Korfu → Kefalonia bywa też obciążona kosztem przeprowadzenia jachtu z powrotem na bazę. To wszystko da się poukładać tak, żeby wyszło rozsądnie — ale trzeba wiedzieć o tym w momencie wyboru terminu i portów, a nie tydzień przed wypłynięciem.
Dzień 4 — Jaskinia, w której chował się okręt podwodny
Sivota → Meganisi (Papanikolis, Spartochori) → Vathi
Czwarty dzień był krótki i leniwy — dziesięć mil do Meganisi, wysepki na wschód od Lefkady, o kształcie tak poszarpanym, że z góry wygląda jak rozlana plama. Na jej południowo-zachodnim brzegu jest jaskinia Papanikolisa: wejście wysokie na dwadzieścia metrów, w środku sala długa na sto pięćdziesiąt, do której w czasie drugiej wojny wpływał grecki okręt podwodny o tej nazwie, żeby przeczekać patrole. Weszliśmy tenderem, wypłynęliśmy, i resztę dnia spędziliśmy na kotwicy w jednej z bocznych zatoczek, gdzie las schodzi do samej wody i nie ma nic poza kilkoma kozami. Popołudniem podeszliśmy pod Spartochori — wioskę wczepioną w zbocze nad małym portem, z tawerną, do której schodzi się po schodach z góry. Wieczór spędziliśmy w Vathi. Nie było w tym dniu ani jednego punktu programu, o którym warto napisać do domu, i chyba właśnie dlatego wszyscy zapamiętali go najlepiej.
Dzień 5 — Itaka i lody w Fiskardo
Vathi → Itaka (Gidaki, Kioni) → Fiskardo na Kefalonii
Piątego dnia poszliśmy na Itakę. To ta Itaka — wyspa Odyseusza, do której wracał dziesięć lat, i muszę powiedzieć, że po zobaczeniu jej od strony morza zaczyna się rozumieć, dlaczego warto było. Zatoka Vathi jest jak fiord: wąskie wejście, w środku miasteczko rozłożone wokół całej podkowy. Kilka mil dalej leży Gidaki, plaża, do której nie prowadzi żadna droga — albo łodzią, albo pieszo przez wzgórze — więc zwykle jest tam kilka osób i nic więcej. Zjedliśmy lunch na kotwicy, popływaliśmy i po południu przeszliśmy do Kioni, wioski z trzema wiatrakami na cyplu, o której klientka powiedziała, że wygląda jak wieś zbudowana przez kogoś, kto chciał, żeby ludzie ją lubili. Wieczorem przeszliśmy przez cieśninę do Fiskardo na Kefalonii — jedynej wioski na wyspie, która przetrwała trzęsienie ziemi z 1953 roku, więc stoją tam prawdziwe weneckie domy, a nie ich powojenne kopie. I tam odbył się rytuał, który ta seria ma wpisany na stałe: lody w lodziarni przy nabrzeżu, zjedzone na murku, z widokiem na jachty stojące rufą do kei.
Cyklady trzeba wywalczyć od wiatru. Wyspy Jońskie po prostu na ciebie czekają.
— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Dzień 6 — Wrak, do którego nie da się dojść
Fiskardo → Assos i Myrtos → Zakynthos: Błękitne Groty i Navagio → Porto Vromi
Szósty dzień był tym, po który się tu przypływa, i tu Riva pokazała, po co ma dwa silniki i takie linie. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu wzdłuż zachodniego brzegu Kefalonii: najpierw Assos, weneckie miasteczko na przesmyku pod ruinami fortecy, potem Myrtos — plaża, którą zna każdy z kalendarzy, biały żwir między dwoma zboczami, a woda nad nią ma kolor, którego nie ma nigdzie indziej na tej wyspie. Stamtąd czterdzieści kilka mil na południe do Zakynthos, i to jest dokładnie ta sytuacja, w której „za daleko” zamienia się w „czemu nie”. Na północnym cyplu wyspy, pod Skinari, są Błękitne Groty: łuki wypłukane w białym wapieniu, pod którymi woda świeci od spodu jak podświetlona lampą. Kilka mil dalej na zachodnim brzegu leży Navagio — zatoka zamknięta trzystumetrowym klifem, z rdzewiejącym kadłubem przemytniczego statku na białym żwirze. Podchodzi się od wody i tylko od wody; na samą plażę od kilku sezonów nie schodzi się w ogóle, bo klif się obrywa, więc ogląda się ją z kotwicy albo z dryfu. Nie zmienia to niczego. To jest ten obrazek, przy którym na pokładzie robi się cicho i wszyscy odkładają telefony — wielka magia tego tygodnia. Noc spędziliśmy w Porto Vromi, kilka mil dalej, w wąskiej, zielonej zatoczce. Kolacja: świeża ryba z grilla i miejscowe wino.
Dzień 7 — Spokojny powrót na północ
Porto Vromi → Kefalonia → Argostoli
Ostatniego dnia rano było tak samo jak przez sześć poprzednich: kawa na flybridge, morze jak tafla, zachodni brzeg Zakynthos jeszcze w cieniu. Poszliśmy spokojnie na północ, bez pośpiechu, i w porze lunchu stanęliśmy jeszcze raz na kotwicy w drodze — ostatnia kąpiel, ostatnia godzina w wodzie, która przez tydzień ani razu nie była zimna. Potem już tylko leżaki, książki i Kefalonia rosnąca powoli po lewej burcie. Weszliśmy do Argostoli późnym popołudniem, opaleni i podejrzanie małomówni. Schodząc z pokładu WHATEVER pomyślałem to samo, co myślę za każdym razem, kiedy wracam z Jońskiego: to jest kierunek dla ludzi, którzy chcą, żeby tydzień na wodzie był naprawdę odpoczynkiem, a nie codziennym negocjowaniem z pogodą.
Ile to kosztuje i co warto wiedzieć
M/Y WHATEVER — Riva 88, rocznik 2012 po gruntownym remoncie w 2025, 27 metrów, 8 gości w 4 kabinach (3 podwójne + 1 z dwoma łóżkami), 4 osoby załogi, stabilizatory działające w drodze i na kotwicy, szybkie Wi-Fi, platforma kąpielowa, tender AB385 ze 170-konnym silnikiem, trzyosobowy skuter i dwie deski SUP — czarteruje się w widełkach 50 000–55 000 € za tydzień w sezonie 2026, plus APA rzędu 15 000–16 500 €, plus VAT i opłaty portowe. APA to zaliczka na koszty operacyjne: paliwo, prowiant, mariny, opłaty portowe; rozliczana co do euro na koniec rejsu. Rejon pływania WHATEVER to Cyklady, Dodekanez i Wyspy Jońskie — czyli ta sama jednostka obsłuży Ci zarówno ten tydzień, jak i Santorini z Mykonos, jeśli następnym razem będziesz chciał drugą twarz Grecji.
Rzecz, której nie znajdziesz w broszurze: Jońskie to jedyny grecki akwen, na którym w środku lata da się realnie planować dzień po dniu. Cała trasa z tego dziennika to niecałe sto sześćdziesiąt mil z Korfu na Zakynthos, więc tydzień nie jest tu o pokonywaniu odległości, tylko o tym, żeby w każdym z tych miejsc być o właściwej porze — Antipaksos przed południem, klify Lefkady w cieniu, Navagio, kiedy słońce wchodzi w zatokę. Ta sama trasa ułożona w złej kolejności to ten sam jacht i zupełnie inne wakacje. I jeszcze jedno: nie każda jednostka reklamowana jako „grecka” ma papiery pozwalające legalnie czarterować w Grecji, a nie każda trasa jednostronna kończy się rachunkiem, którego się spodziewasz. Przy konkretnym jachcie i konkretnym tygodniu to ja to sprawdzam i to ja układam kolejność. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.
Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę? WHATEVER pływa po Wyspach Jońskich, Cykladach i Dodekanezie. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — sprawdzę dostępność, papiery jednostki i ułożę ten tydzień pod Was. Zobacz ten czarter →
Kontakt: tomek@wyachts.com | WhatsApp +33 6 72 85 87 30 — Tomasz Wrzesiński, W Yachts Monaco.