Dziennik z rejsu: tydzień w Archipelagu Toskańskim — Capraia, Elba, Giglio i Argentario na pokładzie superjachtu Benetti ALLURIA

Dziewięć odcinków tej serii przepłynąłem na jachtach, które — jakkolwiek luksusowe — wciąż były jachtami. Ten tydzień był inny. ALLURIA to Benetti 36,9 metra z 2023 roku: dziesięciu gości w pięciu kabinach, siedmioosobowa profesjonalna załoga z szefem kuchni, stabilizatory żyroskopowe i zero speed, czyli takie, które trzymają jacht nieruchomo także na kotwicy. To już nie jest łódka, na której się mieszka — to pływający dom z obsługą, o której istnieniu przez większość dnia się nie wie. A trasa? Celowo przewrotna. Archipelag Toskański to siedem wysp rozsypanych między Ligurią a Lacjum, największy morski park narodowy w Europie — i wody, które osiemdziesiąt procent jachtów mija nocą w drodze na Costa Smeraldę. Zupełnie niesłusznie. Zaokrętowaliśmy w Viareggio, kilkaset metrów od hal, w których Benetti buduje jachty od 1873 roku. ALLURIA zaczynała ten tydzień w swoim rodzinnym mieście.

Dzień 1 — Viareggio i marmurowe góry

Zaokrętowanie w Viareggio → kotwicowisko pod Forte dei Marmi

Weszliśmy na pokład wczesnym popołudniem i pierwsze pół godziny zeszło mi wyłącznie na chodzeniu. Główny salon, jadalnia na dziesięć osób, master z oknami na obie burty, beach club przy samej wodzie. Załoga rozpakowała bagaże, zanim skończyliśmy powitalny kieliszek prosecco. Wyszliśmy z portu i stanęliśmy na kotwicy ledwie kilka mil dalej, pod Forte dei Marmi — bo pierwszego wieczoru nie płynie się daleko, pierwszego wieczoru się przyzwyczaja. Usiedliśmy na rufie z Aperol Spritz i patrzyliśmy na rzecz, której nie zobaczysz nigdzie indziej na Morzu Śródziemnym: Alpy Apuańskie schodzące prosto do plaż, z białymi bliznami kamieniołomów Carrary, które w zachodzącym słońcu wyglądają jak śnieg. Z tego marmuru Michał Anioł rzeźbił Dawida. Kolację szef kuchni podał na pokładzie — świeże owoce morza z porannego targu w Viareggio, crudo z gamberi rossi i spaghetti alle vongole — a światła nadbrzeżnych kurortów zapalały się jedno po drugim, jak girlanda.

Dzień 2 — Dzika Capraia

Forte dei Marmi → Capraia (Cala Rossa)

Wstałem o świcie — na tym jachcie mam do wyboru trzy pokłady, ale rytuał jest ten sam. Kawa i najwyższy pokład: morze gładkie jak tafla jeziora, marmurowe szczyty różowiejące za rufą, bezgraniczny spokój. Po śniadaniu ruszyliśmy na południowy zachód, w najdłuższe przejście tygodnia — trzy godziny otwartej wody, których dzięki stabilizatorom nikt nawet nie zauważył. Capraia wyrasta z morza jak kawałek innej planety: wulkaniczna, ruda, dzika, czterystu mieszkańców, żadnych hoteli z prawdziwego zdarzenia, przez sto lat kolonia karna, dzięki czemu nikt jej nigdy nie zabudował. Zakotwiczyliśmy pod Cala Rossa, zatoką wyciętą w rdzawoczerwonych skałach starego krateru. I tu ten tydzień złapał swój rytm: zeszliśmy po platformie do wody — ciepłej, przejrzystej, lazurowej — i przez całe popołudnie na zmianę pływaliśmy i leżeliśmy na pokładzie. Żadnych zabawek, żadnych skuterów. Ta woda niczego nie potrzebuje. Wieczorem ryba z grilla na rufie i niebo tak czarne, że Droga Mleczna wisiała nad masztem jak smuga dymu.

Dzień 3 — Elba Napoleona

Capraia → Portoferraio → zatoki Sansone i Capo Bianco

Trzeciego dnia podeszliśmy pod Elbę i weszliśmy do Portoferraio — portu, który Medyceusze obwarowali tak skutecznie, że nigdy nie zdobył go żaden korsarz. Elba to oczywiście Napoleon: dziesięć miesięcy wygnania w 1814 roku, willa z widokiem na morze i ta słynna ucieczka, po której Europa musiała wymyślić Waterloo. Obeszliśmy miasteczko, weszliśmy do Villa dei Mulini, kupiliśmy oliwę i białe wino ansonica od gospodarza pod miastem. Ale prawdziwa Elba zaczęła się po południu, kiedy przeszliśmy za cypel, pod plaże Sansone i Capo Bianco: białe kamyki, które robią z wody rzecz nierzeczywistą — pas turkusu tak jaskrawego, że wygląda jak podświetlony od dołu. Kotwica, platforma, woda. Do wieczora nikt nie założył butów.

Z mojego doświadczenia jako broker: Archipelag Toskański to najbardziej niedoceniane wody włoskiego wybrzeża — wszyscy moi klienci znają Costa Smeraldę i Amalfi, a o Capraii czy Giannutri większość nigdy nie słyszała. Jest jeden haczyk, o którym trzeba wiedzieć: to park narodowy, i to duży. Wokół części wysp obowiązują strefy ochronne, limity podejść i pola boi zamiast swobodnego kotwiczenia — na Giannutri czy Capraii nie staje się „gdzie ładnie”, tylko tam, gdzie wolno, a latem miejsca na dany dzień bywają rozdysponowane z wyprzedzeniem. Dobra załoga i broker, który wie, co zarezerwować trzy tygodnie wcześniej, robią tu różnicę między tygodniem z tego dziennika a tygodniem oglądania najlepszych zatok z daleka. To dokładnie ta część układanki, którą biorę na siebie.

Dzień 4 — Południe Elby, dzień w wodzie

Portoferraio → Fetovaia → Cavoli

Czwartego dnia nie zobaczyliśmy żadnego muzeum i to był najlepszy dzień tygodnia. Przeszliśmy na południowy brzeg Elby, do zatok Fetovaia i Cavoli — granitowe języki skał, piniowe zbocza i woda w kolorze, który na zdjęciach wygląda na przekłamany. Rzuciliśmy kotwicę i beach club ALLURII zamienił się w prywatny klub plażowy: leżeliśmy na platformie z nogami w morzu, pływaliśmy do skał i z powrotem, ktoś czytał, ktoś spał, a szef kuchni w międzyczasie podał lunch, którego nie powstydziłaby się restauracja z gwiazdką — tuńczyk z grilla, burrata, brzoskwinie z parmą. Pod wieczór, kiedy dzienne łódki z Marina di Campo odpłynęły, zostaliśmy w Fetovai zupełnie sami. Zero speed trzymał pokład nieruchomo jak taras. Siedzieliśmy na rufie do późna; nikt nie sięgnął po telefon.

Dzień 5 — Giglio i wieczorna magia

Elba → Giglio (Campese i Giglio Castello)

Piątego dnia zeszliśmy trzy godziny na południe, na Giglio — wyspę, którą świat kojarzy niesłusznie tylko z jednej katastrofy sprzed lat, a która jest jednym z najpiękniejszych miejsc tego morza. Zakotwiczyliśmy w zatoce Campese, z czerwoną wieżą strażniczą Medyceuszów na skale, i popływaliśmy w wodzie, która przy zachodzie słońca robi się miedziana — Campese to jedyna zatoka archipelagu otwarta idealnie na zachód. A potem przyszedł moment, który w tej serii nazywam „wielką magią”, i tym razem nie było to żadne słynne portowe miasteczko. Załoga wywiozła nas tenderem na górę, do Giglio Castello: średniowiecznej wioski zamkniętej w murach na szczycie wyspy, czterysta metrów nad morzem. Wąskie kamienne uliczki, koty, zapach rozmarynu, mała trattoria, w której podają królika po myśliwsku i lokalne wino ansonaco z beczki. Z murów widzieliśmy w dole ALLURIĘ — podświetloną, nieruchomą na ciemniejącym morzu, jedyny jacht w całej zatoce. Wracaliśmy tenderem po ciemku, do domu, który świecił nam z wody.

Superjacht nie jest o metrach ani o liczbie kabin. Jest o tym, że przez siedem dni nikt z dziesięciu osób na pokładzie ani razu nie spojrzał na zegarek.

— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monako

Dzień 6 — Rzymska Giannutri i Porto Ercole

Giglio → Giannutri → Porto Ercole (Argentario)

Szóstego dnia podeszliśmy pod Giannutri — najdalej wysuniętą na południe wyspę archipelagu, wapienny półksiężyc bez ani jednego hotelu. Dwa tysiące lat temu rzymski ród Domicjuszów Ahenobarbów — rodzina Nerona — zbudował tu nadmorską willę, której ruiny do dziś schodzą marmurowymi tarasami do samej wody. Zacumowaliśmy do boi w Cala Spalmatoio i nurkowaliśmy w wodzie tak przejrzystej, że z pokładu widać było amfory… dobrze, kamienie, które bardzo chciały być amforami. Po południu krótki przeskok pod Monte Argentario i wejście do Porto Ercole — miasteczka, w którym w 1610 roku zmarł Caravaggio, uciekając przed rzymskim wyrokiem. Hiszpańskie forty nad portem, wąska nabrzeżna promenada i obowiązkowy rytuał tej serii w toskańskim wydaniu: lody w gelaterii przy starym porcie, jedzone na murku, kiedy rybackie łodzie wracały z połowu. Fistaszek z Bronte i figa z miodem — melduję: warto było płynąć sześć dni.

Dzień 7 — Spokojny powrót wzdłuż etruskiego wybrzeża

Porto Ercole → Zatoka Baratti → Viareggio

Ostatni dzień to najdłuższa droga tygodnia, ale na tym jachcie nikt nie miał nic przeciwko. Wyszliśmy wcześnie — kawa na górnym pokładzie, gładka poranna woda, Argentario malejące za rufą — i szliśmy spokojnie na północ wzdłuż wybrzeża, którym dwa i pół tysiąca lat temu Etruskowie wozili żelazo z Elby. W porze lunchu stanęliśmy jeszcze na ostatnią kąpiel w Zatoce Baratti, pod etruskimi grobowcami Populonii — jedynej ich metropolii zbudowanej nad samym morzem — a potem już tylko leżaki, książki i Alpy Apuańskie rosnące powoli na horyzoncie. Do Viareggio weszliśmy późnym popołudniem, opaleni i podejrzanie małomówni. Schodząc po trapie, obejrzałem się na ALLURIĘ i pomyślałem, że wróciła do domu — a ja zacząłem w głowie układać, któremu z klientów opowiem o Giglio Castello najpierw.

Ile to kosztuje i co warto wiedzieć

ALLURIA — Benetti 36,9 m, 2023, 10 gości w 5 kabinach (master na pokładzie głównym z oknami na obie burty), 7 osób załogi z szefem kuchni, stabilizatory żyroskopowe i zero speed, beach club i pełen garaż tenderów — czarteruje się od 75 000 € za tydzień w sezonie niskim i średnim do 95 000 € w szczycie sezonu 2026, plus APA rzędu 22 500–28 500 € (paliwo, prowiant, mariny — wszystko, co realnie zużywacie na pokładzie), plus VAT i opłaty portowe. Rejon pływania: całe zachodnie Śródziemnomorze — Riwiera, Korsyka, Sardynia, Baleary i właśnie Toskania.

I rzecz, której nie wyczytasz z żadnej broszury: przy superjachcie o cenie decyduje nie tylko jacht, ale i tydzień w kalendarzu, trasa względem stref parku narodowego i to, co załoga zdąży zarezerwować, zanim zrobią to inni. Ta sama ALLURIA, ten sam tydzień — a dwa zupełnie różne rejsy, w zależności od tego, kto i kiedy ułożył program. To jest dokładnie ten moment, w którym wchodzę ja. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.

Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę? ALLURIA pływa po całym zachodnim Śródziemnomorzu — od Riwiery po Toskanię i Baleary. Zobacz ten czarter na wyachts.shop → albo napisz do mnie — sprawdzę dostępność i ułożę ten tydzień pod Was.