Za glamurową fasadą Ferretti Group — producenta kultowych luksusowych jachtów, takich jak Riva, Wally i Pershing — zacięta korporacyjna bitwa właśnie osiągnęła punkt wrzenia. 14 maja 2026 roku Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy zamieniło się w pole bitwy między dwoma głównymi udziałowcami: chińską państwową Weichai Group i czeskim funduszem inwestycyjnym KKCG Maritime.
Podczas zamkniętego spotkania Weichai Group wyszła jako zwycięzca, zdobywając 52,3% głosów w porównaniu do 47,4% KKCG. To zwycięstwo pozwoliło chińskiemu konglomeratowi przejąć osiem z dziewięciu miejsc w radzie nadzorczej, skutecznie odsuwając długoletniego dyrektora generalnego Alberto Galassiego, który był kluczową postacią w finansowej odbudowie firmy. Rada następnie mianowała Tan Ninga przewodniczącym, a byłego dyrektora Duracell Stassiego Anastassova nowym dyrektorem generalnym.
Zwycięstwo zostało jednak przyćmione bezprecedensową dramaturgią korporacyjną. Zaledwie kilka godzin przed kluczowym głosowaniem akcjonariuszy Stefano Domenicali (CEO Formuły 1) i Piero Ferrari (wiceprzewodniczący Ferrari) złożyli rezygnację ze skutkiem natychmiastowym. W ostrym liście otwartym Ferrari wyraził frustrację, stwierdzając, że nie może dłużej utożsamiać nazwiska i dziedzictwa swojej rodziny z firmą ze względu na brak przejrzystości i „arogancję” zwycięskiej frakcji.Co więcej, przegrany czeski fundusz KKCG formalnie zwrócił się do włoskiego rządu z wnioskiem o zbadanie, czy Weichai naruszył włoskie przepisy o bezpieczeństwie narodowym „Golden Power” dotyczące wojskowej dywizji obronnej Ferretti, FSD.
Czy jachty przeżyją wojnę?
Gdy kurs akcji na giełdzie Euronext Milan gwałtownie spadał, insiderzy branżowi i właściciele jachtów zadają kluczowe pytanie: czy ten geopolityczny i korporacyjny chaos zniszczy Ferretti Group i zakończy produkcję jej legendarnych jachtów?
Z finansowego punktu widzenia firma jest daleka od utonięcia. Paradoks tej korporacyjnej wojny polega na tym, że toczy się o niezwykle zdrowy, bogaty w gotówkę biznes. Ferretti Group właśnie ogłosiło przychody netto w wysokości 1,23 miliarda euro za rok 2025, przewyższając wyniki szerszego rynku. Co ważniejsze, stocznie dysponują ogromnym portfelem zamówień o wartości 1,71 miliarda euro. Oznacza to, że nawet jeśli rada pozostanie sparaliżowana przez rządowe dochodzenia, stocznie mają zagwarantowaną pracę, a nabywcy będą nadal odbierać swoje jachty przez kolejne kilka lat.
Prawdziwe zagrożenie nie leży w natychmiastowym bankructwie, lecz w długoterminowej erozji duszy marki. Odchodzący CEO Alberto Galassi ostrzegał ostatnio, że konserwatywne podejście chińskich właścicieli i „brak wizji przemysłowej” poważnie ograniczały podejmowanie decyzji i negatywnie wpływały na grupę. W hiperkonkurencyjnym sektorze luksusowym brak innowacji i gotowości do podejmowania ryzyka designerskiego może szybko zepchnąć markę w niebyt. Co więcej, utrata Piero Ferrariego pozbawia firmę kluczowego gwaranta dziedzictwa „Made in Italy”.
Nowe kierownictwo, prowadzone przez Chińczyków, jest doskonale świadome tego ryzyka. W swoim pierwszym oficjalnym oświadczeniu po przejęciu rady nowo mianowany przewodniczący Tan Ning pospieszył z zapewnieniami rynku. Oświadczył, że nowa rada reprezentuje „ciągłość, stabilność i wzrost”, konkretnie obiecując utrzymanie obecności produkcyjnej we Włoszech oraz zachowanie długoterminowej wizji przemysłowej marek.
Ostatecznie Ferretti Group nie przestanie jutro budować jachtów. Jednak prawdziwy koszt tej korporacyjnej wojny zmierzy się w ciągu następnej dekady. Jeśli nowe kierownictwo nie zdoła pogodzić konserwatywnego podejścia finansowego z pełną pasji, gotową do ryzyka filozofią designu, z której słynie włoski yachting, kultowe marki takie jak Riva i Pershing mogą powoli tracić magię, która uczyniła je legendarnymi.